– Myślisz, że mamy wolną wolę?
– Bez „dzień dobry”?
– Dzień dobry. Myślisz?
Nalałem jej herbaty. Nie tknęła jej ani wtedy, ani później.
– Nie w sensie absolutnym – powiedziałem. – Nie sądzę, żebym w identycznych warunkach mógł zachować się inaczej. Jestem jak zegarek, który myśli, że sam odmierza czas.
– Dobrze. – Położyła teczkę na stole. – Zgadzam się.
Spodziewałem się oporu i przez chwilę nie wiedziałem, co zrobić z rękami.
– Zgadzasz się?
– Nie interesuje mnie, czy masz rację. Prawdopodobnie masz. Interesuje mnie, co robisz ze zdaniem, które jest prawdziwe.
– Nic nie robię. Przyglądam się.
– „Przyglądam się” to czasownik – powiedziała. – Ludzie mówią to zawsze w tym samym momencie i zawsze o tej samej godzinie.
Otworzyła teczkę i nie podała mi jej.
– Jest tu człowiek, który powiedział prawie dokładnie to, co ty. Cztery lata podpisywał zgody, o których wiedział, że są puste. Komisji wyjaśnił, że system działałby tak samo bez niego. Że był ogniwem. Że nie mógł chcieć inaczej, bo nikt nie może chcieć, czego chce.
– I miał rację?
– Prawdopodobnie tak. To jest w tym najgorsze. – Wyjęła czystą kartkę i przesunęła ją w moją stronę. – Napisz mu obronę. Zrobisz to lepiej niż on, masz lepsze zdania. On mówił „system”, ty powiesz „łańcuch”.
Nie sięgnąłem po kartkę.
– Widzisz – powiedziała.
– To niczego nie dowodzi. Ta ręka też jest sterowana.
– Nie dowodzi. Ale się stało. Ja pracuję z tym, co się stało, nie z tym, co jest dowiedzione.
Zebrałem się.
– Nie powiedziałem, że nic nie znaczy. Powiedziałem, że nie wybieram. Ale świadomość tego, co mnie kształtuje, coś zmienia. Nie w świecie. W trajektorii myśli.
– Wybierz jedno – odparła. – Albo twoja refleksja coś zmienia, i wtedy zmienia świat, bo myśli są w świecie i wychodzą z ciebie ustami. Albo nie zmienia nic, i wtedy nie nazywaj jej siłą, tylko pogodą.
– Nie umiem wybrać.
– Nikt nie umie. Dlatego się to robi, zamiast umieć.
Milczałem dłużej, niż wypadało.
– A ty? – powiedziałem w końcu. – Twoje oburzenie też jest ogniwem. Twoja komisja jest ogniwem. Sądzisz go mechanizmem.
– Oczywiście. Jestem dokładnie tak samo popchnięta jak ty i jak on. – Poprawiła kołnierz płaszcza. – Różnica jest wyłącznie taka, że mój mechanizm w poniedziałek napisze trzy zdania, po których człowiek straci pracę i odzyska nazwisko. A twój napisze, że rzeka jest jednocześnie wodą i brzegiem.
– To był ładny obraz.
– Bardzo. I nie wiadomo, kto po nim za co odpowiada. Ładne obrazy to jest coś, co się robi zamiast.
Wstała, ale nie wyszła. Stała przy oknie tyłem do mnie, tak jak stoi się, kiedy się chce coś powiedzieć bez patrzenia.
– Ja cię nie pytam, czy jesteś wolny – powiedziała. – To pytanie nie ma świadków. Pytam, czy coś się przez ciebie zaczyna. To można zobaczyć z zewnątrz.
– Wszystko się dzieje – powiedziałem. – Bez naszego pozwolenia, ale z naszym udziałem.
– To pierwsze zdanie, które powiedziałeś dzisiaj w liczbie mnogiej.
Wtedy przyszło mi do głowy, że zegarek był złym porównaniem. Chryzyp miał lepsze: walec toczy się dlatego, że go popchnięto, ale toczy się tak, a nie inaczej, dlatego, że jest walcem. Pchnięcie nie jest moje. Kształt jest.
Nie powiedziałem tego. Bo zauważyłem, że powiedziałbym to po to, żeby mieć ostatnie zdanie.
Zapięła płaszcz. Kartkę zostawiła na stole, obok nietkniętej szklanki.
– Nie musisz jej wypełniać – powiedziała od drzwi. – Ale zostawiam ci ją zapisaną z drugiej strony. Tam są trzy nazwiska ludzi, którym te zgody dotyczyły. Nie po to, żebyś coś zrobił. Po to, żebyś nie mógł powiedzieć, że nie wiedziałeś.
Kiedy wyszła, długo siedziałem nad kartką odwróconą pustą stroną do góry. Nie wiem, czy mam wolną wolę. Wiem, że obróciłem ją, i że to było przed poniedziałkiem.